Aktualności

Data dodania: 2014-07-02

Magdalena Sawicka - historie

Święta Antonina włosami przyodziana - Święta Bernadetta od zębów utraconych - Święty Laurenty od uszu króliczych

Święta Antonina włosami przyodziana

rysunki Magdaleny Sawickiej
Magdalena Sawicka, St. Antonina Blackburn (2012)

Święta Antonina włosami przyodziana Antonina Blackburn przyszła na świat w roku 1821 w mieście Londyn. Jej ojciec prowadził zakład oferujący usługi zegarmistrzowskie, natomiast matka była krawcową na Zamku Królewskim. Matka szyła piękne stroje, dlatego to Antonina zawsze była starannie i gustownie ubrana. Odróżniała się od reszty dziewczynek w jej wieku swoją niezwykłą urodą i wdziękiem. Urocze z niej było stworzenie o różowych, czerstwych policzkach, malinowych ustach, porcelanowej cerze, błękitnych oczach oraz jasnych długich włosach nie ścinanych od urodzenia. Cały Londyn opiewał jej wygląd, dziewczęta były zazdrosne, natomiast chłopcy szukali jakiegokolwiek pretekstu by choć przez chwilę na nią popatrzeć. Największym marzeniem małej Antoniny było tańcowanie. Robiła to w każdej wolnej chwili, przy każdej okazji, nawet kiedy szła z nianią do pijalni czekolady, czy z rodzicami do kościoła.

Rodzice, widząc jej zapał oraz talent zdecydowali posłać ją na nauki, w nadziei, że rozwinie swój talent na tyle, by tańczyć na uroczystościach u Angielskiej Królowej. Gdy dziewczynka dowiedziała się o pozwoleństwu i planach opiekunów była najszczęśliwsza na świecie. Zakupiono jej baletki, mama uszyła strój, cały w koronkach i w kwiecistych haftach, parometrowe włosy oplotła wstęgami, delikatne ciało skropiła różanym olejkiem. Rodzice musieli pracować, by zarobić na przyszłość jedynaczki, niania rozchorowała się na zapalenie oskrzeli, tak więc Antonina musiała wypuścić się na ulice Londynu w pojedynkę. To było jej pierwsze samodzielne wyjście, dziewczyna nie czuła się pewnie, ale w środku miała wielką radość i ekscytacje, że idzie na nauki tańca. Dotarła bez szwanku, choć kamienica mieściła się godzinę drogi przez chodniki, kręte uliczki i parki. Lekcji udzielała jej 45-letnia eks baletnica z West Middlesex, o doskonałej renomie i dorobku artystycznym. Powiedziała z całą powagą oglądając przymiarki uczennicy, że ma do czynienia w wielkim talentem i nadzieją angielskiej sceny tanecznej, że tylko raz zdarzyło jej się w życiu widzieć podobne zjawisko, kiedy to 23 lata temu, gdzie bawiła na dworze francuskim, zajadając bajaderki z konfiturą, obserwowała występ największej wtedy sławy baleciarstwa.

Pierwszy trening był długi i wyczerpujący, zakończył się o zmierzchu. Dokładnie w tym czasie w starej chacie na przedmieściach miasta, niania dziewczyny umarła z powodu choroby. Przepracowana, zziajana, ale szczęśliwa Antonina udała się w drogę do domu. Mimo obolałych stóp i lekkiego szumu w głowie, nie zważając na nic stąpała rytmicznie, nucąc sobie przy tym radosną melodię. Ale chodniki, kręte uliczki i parki nie wyglądały już tak przyjaźnie jak za dnia. Nad brukiem unosiła się lekka para, w rynsztoku płynęła woda wylewana przez właścicieli lokali, na miejscu zwykłych dziennych przechodniów, dzieci i spacerujących emerytów pojawili się włóczędzy, prostytutki oraz lekkoduchy. Choć latarnie oświetlały przestrzeń, to były i fragmenty drogi, które straszyły próżnią. Cienie wydłużone, zniekształcone, rzeczy na nowo powołane do życia zmieniały swój wydźwięk o zmroku. Antonina zamilkła, bała się nawet głośno oddychać, już nie wracała tanecznym krokiem, lecz przyspieszonym, raptownym, chaotycznym. Na ławce w parku siedział mężczyzna. Zaczął coś do niej wykrzykiwać, wstał i ruszył w jej kierunku. Chciała ukryć się w cieniu ale zdradzała ją intensywna woń olejku różanego oraz włosy, które jak biegła rozplotły się ciągnąc za nią po parkowej trawie. Schowała się za krzakiem, wstrzymała oddech, mężczyzna był coraz bliżej. Usłyszała za plecami pewien szmer, odwróciła się raptownie. W odległości pół metra od niej stała kobieta. Było ciemno, więc nie mogła dojrzeć rysów twarzy, ale nagle przestała się bać, biło od niej ciepło. Kobieta delikatnie gładziła ją po włosach, wzięła w swoje dłonie twarz dziewczyny i przytuliła ją do łona. Antonia przestała się bać, zamknęła oczy, nie mówiła już ani słowa. Wtedy zza krzaków wybiegł mężczyzna, mocno sapał, właśnie akurat tego dnia stracił pracę, w związku z tym zabawił do późna w pubie nieopodal. Choć był upojony odnalazł dziewczynę po zapachu, dążył do niej, zwijając jasne włosy w dłoniach. Dopadł ją i podarł uszyte przez matkę kwieciste haftki, delikatne koronki. Antonina wciąż wtulona w łono kobiety czuła woń pijalni czekolady, na fartuchu ciasta Brownie, które uczyła się wypiekać wraz z opiekunką, woń miłości i troski. W błogostanie straciła przytomność. Nad ranem listonosz odnalazł jej porcelanowe ciałko, nie było nagie bo przyodziane włosami. Olejek wywietrzał, ale zamiast niego wkoło wyrosły kwiaty.

 Magdalena Sawicka

Święta Bernadetta od zębów utraconych

rysunki Magdaleny Sawickiej

Magdalena Sawicka, St. Bernadetta de la Luisa Contario (2012)

Święta Bernadetta zębów utraconych Bernadetta de la Luisa Contario urodziła się w czwartek 14 listopada 1915 roku w małej wiosce Natinaum na południu Hiszpanii. Była jedynaczką, jedynym dzieckiem w okolicy, gdyż reszta pomarła w wyniku plagi nieznanej dotychczas choroby o nazwie Trójdzielna Wyrostkoendemoza. Mała Cantario była bardzo chorowita, przez całe swoje, dość krótkie życie nie wychodziła z domu z obawy rodziców przed zarażeniem. Codziennie zażywała chininę oraz jod, mama robiła jej okłady z pajęczyn, przystawiała pijawki, skórę miała cienką jak pergamin, poszarzałą. Cantario była bardzo samotna, mimo gier logicznych, nauki wyszywania i licznych zabaw na spostrzegawczość. Brak światła, świeżego powietrza i uśmiechu spowodował wielkie spustoszenie w organizmie. Brak rozmowy, dotyku, ruchu i radości obcowania z rówieśnikami wywołał ciężką chorobę Międzycześćca około rdzeniowego. Bernadetta zachorowała.

Każdego dnia o świtaniu, gdy leżała obłogiem, przez okno pukała do niej wiewiórka, gdyż dom jej był koło lasu. Las potężny, liściasty, stary i mroczny 12 ha. Dziewczynka w boleści patrzyła na zwierzątko, chciała zmienić coś w swoim życiu. Wiedziała, że to jej ostatnie doby wśród żywych.

W sobotę 21 lipca 1924 roku dzień wstał za wcześnie. Wiewiórka nie przyszła, jak to zawsze miała w zwyczaju. Cantario czekała, nasłuchiwała, ale krótko, gdyż ataki choroby były zbyt mocne. Dziewczynka dużo krzyczała, marudziła, turlała się w pierzynie. Czuła mrowienie w całym ciele, jej skóra przypominała już tylko drobną siateczkę żył. W ustach uczuła suchoty. Zapragnęła wyjść, choć na chwilę, stanąć stopami na ziemi, rozpoznać woń ostróżeczki polnej bądź wawrzynka wilcze łyko. Ostatkami sił zsunęła się z łóżka, otwarła drzwi i choć zawiasy skrzypiały było dość późno, matka udzielała bliźniaczego porodu, ojciec zaś ubijał prosiaka na Świętego Marcina.

Stopy miała okurzone, drobne kamyczki wbijały się w jej cienką skórę, było jej niedobrze, ale szła w głąb lasu. Dotykała liści, słuchała wiatru, obserwowała owady. Ptaki poszły spać. Po 6 ha, w sercu lasu rósł prastary, złocisty dąb. Z jego liści wyjrzała wiewiórka, którą o rankach słyszała za oknem. Tutaj mieszkała, dojrzewała, szukała pożywienia. Zwierzątko czuło, że coś się wydarzy, nerwowo skoczyło w bok i obserwowało ją nieufnie. Dziewczynka upadła, ze zmęczenia, z bólu i osłabienia. Międzycześciec około rdzeniowy opanował jej młodziutki organizm. Dotykała swojej twarzy, szarpała włosy, trzymała się za brzuch, tak strasznie zachciało jej się jeść. Złapała palcami swoje ząbki i delikatnie, spokojnie, jednego po drugim wyjmowała, po czym połykała. Kiedy jej wszystkie zęby znalazły się w brzuchu, dziewczynka najedzona i skonana wysiłkiem opadła pod dębem. Wiewiórka poszła pozbierać żołędzie, by wyżywić trójkę potomstwa.

Magdalena Sawicka

Święty Laurenty od uszu króliczych

rysunki Magdaleny Sawickiej Magdalena Sawicka, Święty Laurenty Fabian Kremer (2012)


Święty Laurenty od uszu króliczych Laurenty Fabian Kremer urodził się w roku 1955 na północy Niemiec, w miasteczku Grubenhagen. Tego czasu na świecie dochodziło do różnych dziwnych zjawisk i wydarzeń, potężne mrozy na terenach Rosji, największe dotąd tornada, w Stanach Zjednoczonych, w Niemczech ulewne, miesięczne burze. W gospodarstwach rolnych rodziły się cielęta z dwoma głowami, bliźniaki syjamskie u szczeniąt, w lasach widziano węże z nogami, rybom w stawach zaś wyrastały skrzydła. I wtedy przyszedł na świat Laurenty, syn cieśli i gospodyni domowej, wyjątkowy, bo zamiast ludzkich uszu posiadał zajęcze.

Przez swoją odmienność był wyszydzany przez dzieci w szkole, odosobniony, wyklęty. Włóczył się samotnie po łąkach i pastwiskach, rozmawiał z ptakami, które bardzo kochał. Raniuszki, jerzyki, kopciuszki i mazurki przyfruwały do niego, jak tylko zawołał, skubały go wtedy po jego długich, obrośniętych futrem dziwacznych uszach. Śpiewał ich śpiewem, bardzo melodyjnie, z wielką pasją, tak, że nie można było tego odróżnić od ptasiego oryginału. Tak mijały lata, w głuszy, z dala od zgiełku miasteczka, na peryferiach. Gdy dorósł wieku młodzieńczego bez trudu dostał się na studia ornitologiczne. Zawsze przed wyjściem na wykłady obwiązywał starannie swoją głowę i zakładał czapkę, by nikt nie dowiedział się na uczelni o jego odmienności. Po zajęciach od razu biegł do swoich skrzydlatych przyjaciół, stronił od spotkań towarzyskich, nie interesowały go imprezy, prywatki, miłostki.

Stał się najlepszym studentem, zdobywał nagrody, publikował eseje w akademickiej gazecie naukowej, prowadził nawet wykłady, gdyż dysponował większą wiedzą, niż profesorowie. Po trzech latach od podjęcia studiów znowu zaczęły się anomalie pogodowe i biologiczne. Silne wichury przechodziły przez Europę. Jednego takiego wietrznego dnia Laurenty, po skończonych zajęciach wychodził właśnie z uczelni. Pogoda nie sprzyjała, więc zdecydował, że skróci sobie drogę do swoich przyjaciół, przez okoliczne domostwa. Wiatr zawiał mocniej, na tyle, że misternie zawinięty turban wraz z czapką pofrunął w górę. Świadkami tego wydarzenia byli miejscowi chłopcy, którzy siedzieli znudzeni na krawężniku czekając na cokolwiek. Widząc odmienność Kremera gwałtownie się poderwali, zaczęli go osaczać, śmiać się, pluć i krzyczeć. Jeden z nich chwycił kamień i uderzył go w skroń, na tyle mocno, że student stracił równowagę i upadł na ziemię. Drugi z nich wyjął z kieszeni zardzewiały scyzoryk, reszta złapała go za ręce i nogi, by nie mógł się obronić. Laurenty zamknął oczy, nie chciał wiedzieć co zaraz się stanie, potem poczuł przeraźliwy ból u nasady uszu. Przerażony otworzył oczy. Chłopiec od scyzoryka odciął je szybko, lecz nieumiejętnie, trzymał je właśnie w rękach śmiejąc się przy tym głośno, a ciepłe strugi krwi spływały po twarzy Kremera. Strugi zamieniły się w wodospad, chłopak powoli tracił przytomność, stawał się senny, powieki same się zamknęły. Kiedy upadł słyszał jeszcze stłumione głosy oprawców, wyzwiska, okrzyki pogardy. Z każdą sekundą się oddalały. Aż zniknęły na zawsze. Ostatnim dźwiękiem, jaki dobiegł do obciętych uszu był melodyjny, smutny śpiew raniuszków, jerzyków, kopciuszków i mazurków.

Magdalena Sawicka

powrót do listy aktualności